Cd. co słychać teraz już po Festiwalu

15 lipca 2019

09.07.2019 r.

Święta , święta i już po… Dokładnie tak samo możemy powiedzieć przy Festiwalu. Emocji było co niemiara. Pozwolił na to zróżnicowany program i niezwykle cudowna atmosfera, którą wytworzyli nie tylko artyści. Mnie w sercu zapadły słowa, które skierowała do mnie pani, znająca osobiście Włodka Szomańskiego. – Pani Elu, ja pierwszy raz w życiu widzę, żeby smutek i żałobę zamienić w coś tak radosnego i pięknego jak ten Festiwal. I dodała… Ja wiem, że pani to zaczęła robić wspominając męża. 
To była najpiękniejsza recenzja pracy mojej i córki . To prawda. Cierpienie ma to do siebie, że człowiek zamyka się na radość, pracę wykonuje z trudem, albo dla pieniędzy, a mózg, coraz bardziej podsyca zazdrość i pytanie dlaczego ja? Teraz już z córką wiemy. Los podesłał nam ratunkową łódkę. Ma ona na imię Mieroszów .
Artyści.
Wiem, że czekacie Państwo na garść informacji o tym jak odebrali nasze Miasto i Festiwal artyści. Orkiestra Klassik Modern bez zdziwienia, tylko z przyzwyczajeniem – Przecież u nich jest zawsze cudownie! Podobnie Kasia Łaska. Jej mina mówiła- byłam, to wiem! Marcin Januszkiewicz był zachwycony odbiorem koncertu, urodą okolic i ogniskiem za stodołą. Anna Iberszer, która przyjechała do nas z całą rodziną, zwiedziła wszystkie najpiękniejsze zakątki przyrody i wyjechała z postanowieniem powrotu w przyszłym roku. Andres Martorell był zdziwiony rodzinną, prawie mafijną atmosferą Miasta. Myślał, że tak mocno trzymają ze sobą tylko u niego w Urugwaju – Montevideo, czy niedalekim Buenos Aires. Podczas koncertu (jako ojciec , nie mylić z Chrzestnym), opiekował się z żoną za kulisami małą córeczką, robiąc co chwilę zamianę z artysty w niańkę. Piotr Woźniak, chciał tangiem przetańczyć całą mieroszowską noc, a że przystojny do nieprzyzwoitości, pozostawał pod opieką rodziny Szomańskich. Zespół Tango Attack, zmęczony ponad miarę, bo specjalnie na nasz koncert jechał kilkaset kilometrów, z uznaniem przyjął nagłośnienie, światło i dymy, dodając – europejski sznyt. Nasza gwiazda – Mateusz Damięcki z rodziną, był jak przysłowiowy plaster miodu . Powiedział, że rzadko zdarza się połączyć pracę z przyjemnością, a u nas ma takie uczucie. Obcięcie włosów skutkiem nagrywania filmu o „kibolach”, spowodowało kilka wpadek brakiem wizualnej rozpoznawalności. Jedna z nich to wyrzucenie z kuchni, jako że wstęp zabroniony, a pierogów dla obcych już nie ma. Dopiero gromki śmiech świadków wydarzenia, wyjaśnił wszystko. Jednocześnie należy podkreślić, że nasz „plater miodu” wykazał anielską cierpliwość ustawiając się do zdjęć na festiwalowej ściance na długo przed i po koncertach. Teraz to już drogą elektroniczną spływają podziękowania od konkursowiczów, ich rodzin oraz tych, którzy nie zdążyli podziękować na gorąco. Wierzcie mi, to bardzo przyjemne. 
Zaplecze. 
Ambicją Festiwalu jest podnoszenie poprzeczki nie tylko artystycznie ale i organizacyjnie. To nie jest takie proste, bo przyjęliśmy na siebie obowiązki: sali koncertowej, restauracji, recepcji, Biura Festiwalowego , obsługi konkursowiczów i ich rodzin, biura informacji turystycznej itd.,… a zaraz potem służby porządkowej i sprzątającej. Tu wielkie uznanie dla wszystkich pracowników MCK. Nie musieli, ale chcieli. Wykonywali prace zupełnie niezgodne z ich zakresem obowiązków. 
Tu wielkie podziękowanie, dla pani Marii Włodarczyk i Barbary Ziętary za pomoc w kuchni. Pana Tomka Jurczaka za kelnerowanie, dla Tomka Tracewskiego za ogólnie robienie wszystkiego: komputer, scena, drukowanie, kuchnia. Dla pani Moniki Rogaczewskiej, która skróciła pobyt tzw. służbowy do kilku godzin, by być pomocną z nami. Dla Natalii Grzeszuk, która w pędzie po schodach i korytarzach, (bo najmłodsza), ścierała obcasy. Beacie Mrozowicz, Bożenie Staryk, Bożenie Kuneckiej, Eli Król, Barbarze Ciach za żelazną dyscyplinę i cierpliwość. Basi Bukowskiej – Matusiewicz za „papierologię”, Andrzejowi Sadzawcowi i Markowi Piwczyńskiemu, za to , że nie zwariowali, gdyż ilość poleceń jakie otrzymywali przekraczała możliwość zarejestrowania co w jakiej kolejności. Wolontariuszkom Klaudii Sobkowiak i Patrycji Dachterze, które przyjechały z daleka specjalnie do pomocy. Osobno Ilonie Henko za jej obrotność i refleks, za dar radzenia sobie ponad wszystko. Ilona, nie boję się ruszyć z Tobą na Mont Everest bez zabezpieczenia i to zimą! Panu Igorowi Hoffmanowi ogólnie za wszystko, ale przede wszystkim za klasę. 
Przygotowanie to był szalony czas, ale Taniec św. Wita zaczął się jak wjechali artyści i przybyli tłumnie ludzie. I wierzcie mi Państwo, że wcale na zapleczu przez czas Festiwalu, nie byłam tak ładnie uśmiechnięta jak na scenie. 
Za co w pełni przepraszam, ale nie żałuje. Bo liczy się efekt. A efekt całości jest wspaniały.
Elżbieta Szomańska